zapiski niemodne
RSS
wtorek, 17 stycznia 2012
Sprawiedliwość dnia powszedniego (Epilog)


Jest takie słowo, którego (przynajmniej za moich czasów) nie uczono w Polsce na lekcjach niemieckiego. A szkoda, bo bardzo się przydaje i dużo mówi o kraju, w którym mieszkam. Kulanz, czyli przychylność. Aus Kulanz znaczy z grzeczności. Pierwszy raz spotkałam się z nim dopiero jakoś pięć lat temu. Posłałam wtedy do niemieckiej kolei rozpaczliwy list z informacją, że już nie stać mnie na deutsche Bahncard (było nie było 200 euro rocznie), że nie mam już stypendium, przegapiłam termin – wiem (powinnam złożyć wypowiedzenie trzy miesiące wcześniej), mea culpa, ale nigdy więcej, przepraszam i błagam o litość. I dostałam właśnie w odpowiedzi informację, że aus Kulanz, w drodze wyjątku mi darują. Odetchnęłam.

Drugi przypadek miałam całkiem niedawno. Mój wspaniały mąż zarzucił mnie pakietem bachowskich prezentów pod choinkę. W tym dwiema koszulkami. Jedna okazała się za mała. Zadzwoniłam zatem grzecznie do archiwum Bacha w Lipsku z pytaniem, czy ewentualnie zamienią. Zamienią. Odesłałam za małą. Zamienili. Przysyłali większą, niestety jednak dużo za dużą. Poprosiłam o inną, ale nie było, jakaś luka w rozmiarach. Przeglądnęłam więc internetowo asortyment sklepu i zadecydowałam, że dopłacę różnicę i poproszę w zamian o parasol bachowski. Minęło dni kilka, zadzwoniłam ponownie z pytaniem, czy mail doszedł. Dowiedziałam się, że właśnie chcieli do mnie pisać i upewnić się czy parasol chcę duży czy mały. Lada dzień przyślą. A koszulki za dużej wcale nie muszę im odsyłać, niepotrzebne koszty. Aus Kulanz nie chcą jej z powrotem i bardzo im przykro, że nie mieli pasującego rozmiaru.

Dotychczasowe apogeum moich radosnych kontaktów z niemiecką Kulanz to dzisiejszy list od berlińskiej S-Bahny, do której, a jakże posłałam list interwencyjny po słynnej awarii prądu sprzed miesiąca, która dla mnie skończyla się wspomnianą tu podróżą ze śląskim taksówkarzem. Po informacji, pod jakim numerem opracowują mój list (138.461) i długim akapicie, co było przyczyną awarii (wątek dość zawiły, w sumie do końca nie wiadomo) następuje akapit z informacją, że aus Kulanz, bez konsekwencji prawnych i jednorazowo są skłonni dokonać przelewu na podane przeze mnie konto.

Przypomniałam sobie, jak moje niegdysiejsze (wszelako pomyślnie zakończone) perturbacje z PKP w sprawie wypalonej przez rozgrzane oparcie pod siedzeniem podeszwy trwały trzy listy (w tym ostatni polecony za potwierdzeniem odbioru), wkład koleżanki prawniczki i zdjęcia dziurawego buta, i doszłam po raz raz kolejny (który to już który!) do wniosku, że wylądowałam w nie najgorszym miejscu pod słońcem.


22:22, jagna_ernst
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 09 stycznia 2012
Drzwi, schody, winda, czyli sztuka niedzielną porą

Wpadliśmy na doskonały pomysł zwiedzenia wystawy. Tür an Tür/Obok. Martin-Gropius-Bau, polsko-niemieckie wydarzenie sezonu w Berlinie. W niedzielne popołudnie. W przeddzień jej zamknięcia. Z naszym niezupełnie półtorarocznym synkiem. Ach, jakże miło w niedzielne popołudnie pójść na wystawę. W przeddzień jej zamknięcia walą więc na nią tłumy. Większość jednak z nich nie zabiera ze sobą półtorarocznych dzieci. Nie taka całkiem zła decyzja. Kolejka do garderoby, dwudziestominutowa kolejka po bilet. Sebcia rozjuszony do czerwoności. Kiedy już przepchaliśmy się przez kordon zwiedzających do pierwszej sali (z wózkiem, bo wydawało nam się że spokojnie będziemy sobie spacerować przez kolejne sale chłonąc sztukę, co nam się ostatnio wcale nie tak często zdarza), Sebcia radośnie wykrzyknął Ampa! i ruszył kłusem w stronę jednego z podświetlonych drogocennych eksponatów. Szybka decyzja – zwiedzamy na raty. Wszak nie zawarliśmy wciąż jeszcze ubezpieczenia odpowiedzialności cywilnej.

Pierwsza ruszam ja. Szybko, szybko. Przypomina mi się Leszek Talko, Dziecko dla początkujących i zakup samochodu w ciągu trzech minut. U mnie podobnie. Wit Stwosz w wielu wcieleniach, a jakże, w biegu. Ukłon w stronę wrot gnieźnieńskich. Melancholia Malczewskiego – cudnie popatrzeć w ciągu 20 sekund. Szybkim krokiem dalej. Ojojoj, niemal przegapiłam. W tył zwrot, Hołd pruski w holu głównym. Dwadzieścia minut. Zmiana wart. Kolej na W. On się nie śpieszy. Właściwie czemu go tak długo nie ma? Już 15 minut… Sebcia szaleje. Upodobał sobie mozaikę na środku holu. Niestety także otaczające ją czerwone wstęgi ochronne. Obsługa zaczyna się niecierpliwić, synek kolejny raz ze śmiechem łapie wstęgę. A ja jego. Schody, ciekawe schody, na górze winda. Windą na dół. Synek chciałby jeszcze w górę. A potem w dół. Ja nie. Gdzie jest W.? Minut dwadzieścia. Idziemy do sklepu muzealnego. Kartki, książki, niestety synkowi podobają się nie tak znowu tanie łatwo dające zrzucić się na ziemię lampki. Ewakuujemy się. W. wrócił. Uff. 30 minut! Co za rozpusta!

Zgodnie stwierdzamy, że szkoda, szkoda, ze późno, trzebaby co najmniej czterech godzin i w ogóle. Spoceni, zmęczeni, wychodzimy na zewnątrz. Sebcia jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki się uspokaja. A my z nim. Trochę mży, Plac Poczdamski jak zawsze piękny wieczorem. Rozmawiamy: W. cieszy się, że na wystawie skarb średzki. Ja przegapiłam. Za to zachowam sobie w pamięci Bitwę pod Grunwaldem Edwarda Dwurnika. Sebcia dokłada swój kluczowy wątek, czyli auto-auto. Wszystko wraca na swoje miejsce.

00:01, jagna_ernst
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 15 grudnia 2011
Sprawiedliwość dnia powszedniego
 

 W kraju, w którym żyję, podróż z godzinną przerwą na przesiadkę to straszliwy dramat. Spoźnienie kolejki, autobusu czy metra o więcej niż pięć minut okraszane jest ciężkim westchnieniem. Przy dziesięciu temat ląduje w wieczornych wiadomościach. Regionalnych, ale zawsze.

No to mieliśmy dziś koniec świata. Awaria prądu, cała metropolia stoi. Na obrzeżach miasta tłumy. Obsługa jak to obsługa, nieważne jakiej narodowości: W sytuacjach kryzysowych znika z powierzchni ziemi, nie chcąc się narazić rozjuszonemu tłumowi. A ten groźny, bo podminowany. Kolejki stoją, pociągi nie jeżdżą, do przyjeżdżających co 10 minut autobusów próbują się wepchać miliony. Po kilku marszach w tę i z powrotem sfrustrowana podchodzę do taksówki. Pytam co i jak, bo w kieszeni tylko 10 euro i karta. -Czytnika kart nie mam, normalnie biorę 30 euro, ale od Pani wezmę 20 i zawiozę pod dom. Po drodze gdzieś się zatrzymamy, pieniądze Pani wypłaci. Coś mnie znajomo tknęło. Wsiadam. Jedziemy. Gadu gadu, prądu awaria, ech, ta beznadziejna S-Bahna, oj ciężko ciężko. -A Pani akcent delikatny, to skąd? Gdzieś ze wschodu? Kazachstan może? (Od razu mi się przypomniało jak Rosjanie brali mnie za Łotyszkę lub Ukrainkę wpędzając mnie tym samym w dumę.). - Nie, nie, trochę bliżej. - Hm, ale rosyjski język ojczysty? -Nie, bliżej. Polska. - Polska? No to trzeba tak było mówić od razu! Ja głównie po śląsku, ale po polsku też potrafię. Atmosfera nie wiedzieć czemu jakby luźniejsza. Jedziemy, gadamy. O chlebie powszednim taksówkarza, kryzysie, kredytach i polskich sposobach na omijanie spiętrzonych tutejszych przepisów na wszystko. O sąsiadach namiętnie składających na sąsiadów pozwy. Słowem, o trudach dnia powszedniego.

Jedziemy, jedziemy, po drodze wypłacam pieniądze. Podjeżdżamy pod dom. - Rachunek Pani chce? -Jeśli można. -Ależ oczywiście! Zaraz, zaraz, napiszemy… 38 euro. - Niech Pan pisze 20. -Nie, nie, to normalna stawka. Nie może być Pani stratna! - Dziękuję, wszystkiego dobrego. - Pani również, z Panem Bogiem!

Kocham mój kraj. Nawet za granicą. Dramat dramatem, brak prądu brakiem prądu, ale sprawiedliwość musi być po naszej stronie. Amen.

 

 

 

22:44, jagna_ernst
Link Dodaj komentarz »
środa, 27 kwietnia 2011
Rozstania i powroty

Co to się porobiło! Nie wiedzieć właściwie jak i czemu, skryliśmy się w ciszy na ponad dwa lata. Dużo się pozmieniało. Ktoś przybył, kogoś zabrakło. Babcia już dawno nie sprząta podwórka z kurzych gówienek, nogi spowolniały, sił braknie. Coraz gorzej kończą się mające już charakter odległych wypraw wizyty za stodołą. Właśnie krok za ciężkim krokiem dochodzimy do siebie po jednej z nich. Podwórko okraszają przystanki, gdzie można na chwile przysiąść; „stacje”, jak je nazywa Babcia. Jej własna droga krzyżowa w walce ze starością. A ta okrutna, oj okrutna…

Na szczęście czasem jeszcze uda się przysiąść na ławeczce przed domem, by złowić trochę słońca i nowości ze wsi. Tak jak dziś, gdy zaraz na pierwszą tamże wizytę od paru dni rozdzwoniły się kościelne dzwony. A co tak dzwonią?To na południe, Babciu.U nas na południe nie dzwonią, pewno ktoś umarł. I miała rację. Dzwony dzwoniły potem i na szóstą wieczorem i dzwonić będą jutro rano, bo tu się dzwoni na Anioł Pański tylko jak ktoś umrze.

Smutno jakoś rozpoczął się nasz powrót do cyberprzestrzeni, ale nijak koloryzować. Coś się kończy. Lecz coś też się zaczyna. Dom i jego okolice odzwierciedlają niestrudzoną inwencję młodszych o pokolenie gospodarzy. „Na ogrodzie” kwitną ostatnimi laty posadzone jabłonki, brzoskwinki i śliwy, których nazw nie spamiętasz, choćbyś pękł. Grządki posiane, ozime wzrasta, kukurydza, choć tylko trzy rządki, – sława Bogu też. Tradycja wciąż rządzi żelazną ręką. Dlatego za nami nie Triduum Paschalne tylko „podwyższenie Krzyża” i „poświęcenie ognia”. Wigilię Paschalną mogą sobie świętować w gminie obok. My mamy nadal rezurekcję. Chrystus zmartwychwstałPrawdziwie powstał. Porywamy więc się i my ze śmierci do życia.

22:51, jagna_ernst
Link Dodaj komentarz »
środa, 03 grudnia 2008
Po śnie pośpię.

Ze snami bywa tak, że albo się spełniają albo nie. Albo tak albo siak. Tertium non datur.

U mnie było jedno i drugie, nawet najbardziej niemożliwe stało się możliwym i w ciągu jednej doby przeżyłam dwa dni. Przedwczoraj wieczorem dowiedziałam się, że recenzja będzie wystawiona na czas. Z podekscytowania dla odmiany, a nie z nerwów, jak to było od jakiegoś czasu w zwyczaju, znów nie mogłam zasnąć. Lista spraw do załatwienia wydłużała się coraz bardziej: kupno jakiejś przyzwoitej przyodziewki, szampany na toast triumfalny lub przytłumienie porażki (w zależności od oceny), zamówienie stolika w restauracji dla członków komisji i tak dalej i da capo, do mniej więcej wpół do trzeciej.

O dziewiątej rano dowiedziałam się, że zaszła pomyłka, że ktoś źle wyliczył, czy komuś źle wyliczyli, tak jak z tym polakiem w kawale (on coś ukradł czy jemu ukradli...), w każdym razie coś jest nie tak i trzeba sprawdzić. O piętnastej wiedziałam, że jest bardzo nie tak. Recenzji nie będzie, egzaminu nie będzie, czyli końcówka niedawnego snu,tyle że na jawie. Od pierwszej radosnej informacji nie minęła nawet doba. Zegar nie wybił nawet północy, a ja znowu byłam kopciuszkiem...

Tak to jest mili moi z tymi snami. Spełniają się albo nie. Najgorzej jak ich nie ma, tzn. nie ma, bo nie można zasnąć. Ja wczoraj po raz pierwszy dłuższego czasu usnęłam w pięć sekund. Tabletki na uspokojenie, które kupiłam w oczekiwaniu na egzamin, schowałam na razie do apteczki. Będą mi potrzebne nie wcześniej niż za miesiąc.

21:36, jagna_ernst
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 27 listopada 2008
Miałam sen.

Niestety nie był to sen budujący. Był to po prostu sen, który prędzej czy później musiał mi się przyśnić. I choć o tym wiedziałam, i choć się go spodziewałam, to wcale ale to wcale mi się nie spodobał.

Śniło mi się, że był piąty grudnia, czyli przyszły piątek, czyli dzień, w którym mam się dowiedzieć, jak oceniono moje wiekopomne dzieło. Jako, że sen za nic ma sobie chronologię, był to jednocześnie dziewiętnasty grudnia, czyli piątek za trzy tygodnie, czyli dzień, w którym mam bronić moje wiekopomne dzieło.

Jako że sen ma sobie za nic nie tylko czas, ale i przestrzeń, śniło mi się, że ten dzień przeżywałam w moim rodzinnym mieście, w moim rodzinnym liceum, w mojej dawnej klasie geografii. Było trochę jak na andrzejkach w podstawówce (pączki, ptysie, oranżada), trochę jak na apelu (całe grono z LO), trochę jak na wykładach (moi obecni promotorzy) i trochę jak w życiu (niewiadomo dlaczego moje interesy reprezentowała babcia). Był gwar. Każdy rozmawiał z każdym. (Tylko nie ze mną.) Był chaos. Nikt nie wiedział, o co tak naprawdę chodzi. (Oprócz mnie.) Był popłoch, pot i łzy. (Znowu ja.) I tak spłoszona, spocona, zapłakana czekałam i czekałam, by po paru godzinach dowiedzieć się, że z obrony nici, bo oceny nie ma i nie wiadomo kiedy i czy w ogóle będzie. Promotor przede mną uciekał, babcia nie chciała mi wyjaśnić o co poszło, wszyscy się na mnie za swój stracony czas śmiertelnie poobrażali.

***

W świecie rzeczywistym mam się dowiedzieć najwcześniej jutro, najpóźniej w niedzielę, czy promotor z oceną do piątego grudnia zdąży i czy w związku z tym egzamin dziewiętnastego grudnia się odbędzie. Drżę ze strachu na myśl, jakie czasowo-przestrzenne fantazje zaoferuje mi dzisiejsza noc.

18:22, jagna_ernst
Link Dodaj komentarz »
piątek, 07 listopada 2008
Wszystkie te Święta.

Opowieści o ziemniakach, kukurydzy, maśle i bibliotekach muszą chyba pójść w odstawkę. Okazuje się, że albo się pisze od razu albo zapomina. Z tego też powodu niemal od razu piszę o wszystkich świętach, jak na nie mówi Babcia.

Do zeszłego tygodnia było to jedyne święto, którego nie przeżyłam jeszcze w rodzinnych stronach mojego męża. Z tym większą ciekawością pędziłam naszym niezmordowanym gracikiem (znów Babcia) w dolnośląskie, by zobaczyć, jak to u nich wygląda.

Zaczęło się o tyle ciekawie, że targana litością nad skrajnie wyczerpanymi teściami zapomniałam na moment o mym wegetarianizmie i dzielnie usmażyłam dwadzieścia bodajże kurczaczych udek i tyleż chyba kotletów schabowych. To wszystko plus olbrzymi gar pełen gołąbków miało być namacalnym dowodem na to, że gości w tym roku prawie nie będzie, ale tradycji zabyt’ nielzja.

Same święta nastroiły mnie jak zwykle sentymentalnie. Do południa rozmowy z Babcią przebiegały pod znakiem tego, kto kogo i jak wpisze na wypominki. Babcia miała już co prawda swoją listę przygotowaną na brudno, ale czekała na zatwierdzenie jej przez młodszą siostrę. Spis obejmował nie tylko bliskich i niedawno zmarłych, ale i tych członków rodziny, którym na pewno nigdy nie przyszło do głowy, że ich rodziny opuszczą kiedykolwiek okołolwowskie ziemie, a za ich dusze będą się modlić prawnukowie w poniemieckim kościele oddalonym setki kilometrów na zachód... Ale i na nich lista się nie kończyła. Babcia nie zapomniała objąć modlitwą i tych, „którzy znikąd pomocy nie mają”.

Potem poszliśmy do kościoła, a później na cmentarz. Dla Babci było to jedyne oficjalne wyjście między ludzi w ciągu roku, więc chwytała okazję za nogi. Przywitała się z mężem, którego pochowała 17 lat temu, próbując uzyskać od niego informację, kiedy będzie mogła do niego dołączyć. Umarli, jak wiadomo, nieskorzy są do rozmowy, toteż Babcia po chwili zwróciła się w stronę żywych. Uśmiechnięta, ze swoimi najpiękniejszymi w powiecie pyzami i skora do witania i całowania wszystkich, którzy znaleźli się w jej pobliżu, całą sobą chłonęła każdą chwilę. Po tym, jak już dowiedziała się o wszystkim o czym mogła się od nich dowiedzieć, znów zwróciła się w stronę tych, co odeszli. Udaliśmy się z nią i jej starszą siostrą powolnym krokiem na grób ich rodziców. Wizyta ta była poniekąd symboliczna, bowiem można już było podziwiać sprawiony przez cztery siostry nowiuteńki pomnik. Słońce powoli zachodziło, w międzyczasie cmentarz opustoszał, a siostry siedziały to zatopione w ciszy, to pogrążone w rozmowie o zdrowiu, rodzinie, zwierzakach. Minęło sporo czasu, gdy starsza z nich zarządziła odwrót: Chodźmy, bo tak siedzimy, siedzimy, a same niedługo będziemy tu leżeć...

Bez strachu. Bez patosu. Jakby mówiła, że jutro spadnie deszcz.

00:21, jagna_ernst
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 30 września 2008
Zdravstvuj, zdravstvuj, ja vernulsja...

Dziś tylko nieco chaotyczny anons bez przesłania, po to jedynie, by dać znać że żyję i wracam.

Nie pisałam, bo w sumie do całkiem niedawna nie podróżowałam, a jeśli już, to raczej w czasie, niż w przestrzeni. Za mną ładnych kilka miesięcy udręk, stan obecny jest taki, że praca co prawda już dość dawno skończona, tytułu jednak wciąż jeszcze nie ma, a szkatuła i tak pusta.

Humor mi jednak dopisuje, a status bycia przy mężu jak najbardziej służy. Mam za sobą kilka bezwstydnie beztroskich letnich miesięcy, w tym podwójną wizytę na ziemi kujawsko-dobrzyńskiej, wczasy pod gruszą na Dolnym Śląsku, noce zarwane kolejnymi odcinkami Desperate Housewives, wizyty na stronach internetowych dla gospodyń domowych w poszukiwaniu przepisów, kilka kryminalnych wieczorów w towarzystwie komisarza Kurta Wallandera, słowem – rozpustę całkowitą. A gdzieś po drodze jeszcze wykopki i karczowanie kukurydzy...

Całkiem niedawno, jakieś trzy tygodnie temu, opamiętałam się. Odtąd chadzam grzecznie i niemal codziennie do biblioteki, gdzie nadrabiam zaległości w lekturach dzieł poważniejszych od tych pana Mankella (tym gestem jemu samemu jednak nic nie ujmując). W wolnych chwilach nadrabiam różnego typu, nie tylko lingwistyczne zaległości. Ot choćby douczam się historii Berlina, żeby już wreszcie nie świecić oczami przed (nielicznymi co prawda) goścmi.

Całkiem niezależnie dowiaduję się też ciekawostek z historii mojego miasteczka. Ostatnio przeczytałam, że przed wojną nasza spółdzielnia mleczarska produkowała 2000 kg masła dziennie, z czego 75% szło do Londynu. Ach, jak urosłam! DO LONDYNU! A W. się na to zaśmiał, że jak eksport od nas, to wiadomo, że nie sprzęty przemysłowe, tylko masło, mleko, spożywka. No tak, w końcu mamy tylko ryby, grzyby, jeziora. Ale przynajmniej nie szmuglujemy fajek, jak Lubuszanie. Nie szmuglujemy, prawda?

Tyle nieco chaotycznych i nie oszlifowanych informacji. Ale niebawem będzie już po kolei i dokładnie: o ziemniakach, kukurydzy i maśle. No i o bibliotekach, które to niezależnie od miejsca ich położenia, zawsze są wyspami jakby z całkiem innego świata. O tym wszystkim już naprawdę za chwilkę. Obiecuję!

20:19, jagna_ernst
Link Dodaj komentarz »
sobota, 08 marca 2008
„Marzec, marzec pięknie się wystroił...

W kole, w kole między dziećmi stoi...”

Zawsze lubiłam tę piosenkę. Nie dziwota, kojarzy mi się z przedszkolem, a (prawie) wszystko, co kojarzy się z przedszkolem, jest dobre. A dziś odśpiewaliśmy ją sobie z W. na powitanie Dnia Kobiet jakoś tak krótko po północy. I szczerze mówiąc na tym się moje świetowanie skończyło. Oczywiście dostałam jeszcze piękną różyczkę od mojego męża, kilka ładnych smsowych życzeń bądź wirtualnych kwiatków, i po zabawie. No dobra, dobra, obejrzałam jeszcze „Desperate Housewives”, końcówkę finału tenisa ziemnego w Dubaju i to chyba wszystko. Oj, zapomniałabym przecież! Jak każda szanująca się kobieta poszalałam sobie na sobotnią modłę – bite dwie i pół godziny sprzątania naszych sześćdziesięciu metrów kwadratowych. Nie, nie że mąż niewdzięcznik, skądże znowu. Nie siedział obok i nie patrzył jak na kolanach szoruję parkiet. Poszedł na zakupy, pozałatwiał poza domem co trzeba, tak żebym ja mogła sobie spokojnie posprzątać. Bo jakoś nie lubię, jak mi się ktoś w mój - zrozumiały tylko dla mnie - system sprzątania wcina. Po Mamusi to mam i po Babci...

Nie wiem, co robiłyście moje Panie dzisiejszego dnia. Czy czekałyście tęsknie kwiatków, życzeń, wspominając dawne czasy, kiedy wazony pełne były goździków, szuflady - rajstop, a zakład pracy świętował od rana. Czy może wysłuchiwać musiałyście panów, którzy co prawda składali życzenia, zastrzegając się jednak, że święto komunistyczne. Albo takich, co właśnie odżegnując się od dawnego ustroju, życzeń nie składali, niebaczni tego, że jego tradycja sięga dużo wcześniej i zaczęła się dramatyczniej niż się na ogól myśli i wcale nie w ZSRR ani PRL, tylko w Nowym Jorku.

A może miałyście więcej szczęścia i dostałyście kwiatka a i coś do kwiatka? Bo jak to ciągnie się dalej w piosence – „Marzec, marzec wyjął grosik srebrny, teraz, teraz będzie mu potrzebny...”

Jak było, tak było. Oby od dziś było lepiej, zdrowiej, weselej. Czego – kończąc słowami mojego ukochanego Kisiela (który wczoraj skończyłby 97 lat) – i Wam i sobie życzę!

 

21:52, jagna_ernst
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 31 stycznia 2008
Palę pączka!

Nie spytam, ‘czy’ tylko ‘ile’ zjedliście dziś pączków? Mój kuzyn – sześć, moje bratanice – skromnie, po jednym, w moim rodzinnym domy skwierczały dziś brytfanki z jedynymi swego rodzaju na świecie racuchami, z których skorzystał poza domownikami głównie mój dorastający chrześniak...

Ze mną było gorzej. W całej naszej jakże barwnej dzielnicy długo nie mogłam nic znaleźć. Amerykanki, proszę bardzo, oponki – owszem, ale pączka - ani śladu. Wreszcie wypatrzyłam w jednej hali rynkowej trzy sztuki, a tam akurat nie było sprzedawcy. Odstałam swoje, sprzedawca wrócił, a ja uradowana wracałam do domu. Pączek był taki sobie, ale co tam. Grunt, że tradycji, której wszelkie objawy z natury mojej wielbię niezmiennie, stało się zadość. 

Wieczorem znajomi, którzy nieco ponad miesiąc temu przesyłali wirtualny opłatek, dziś zaczęli przesyłać mi wirtualnego pączka. Klikasz, gryziesz, komentujesz. Jak już zjesz, możesz popatrzeć sobie obok, co trzeba zrobić, żeby spalić te wszystkie kalorie.A trzeba mianowicie: pływać 25 minut - nie pływałam; 30 minut skakać na skakance (w mojej kamienicy groziłoby to chyba wezwaniem policji przez sąsiadów); 35 minut biegać albo półtorej godziny jeździć na rowerze – dla mnie za zimno; dwie godziny robić makijaż – robiłam pięć minut; cztery godziny sprzątać pokój – sprzątałam dwie, czyli połowa z głowy. Drugą połowę z pewnością spaliłam klikając te głupoty. Chyba nie przytyłam. Wszystkim słodkich snów!

 

23:39, jagna_ernst
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5
Nakarm glodne dziecko - wejdz na strone www.Pajacyk.pl